|
notka z 7 sierpnia 2011
Kumarakom - pogoda się ustabilizowała. Monsun, ale cóż wybieramy się do parku dzikich ptaków. Park duży, dobrze urządzony i rzeczywiście ostoja ptaków. Przeważają czaple białe i kormorany, ale są też rybołowy. W okolicznych płytkich wodach żółwie błotne i spotkaliśmy nawet węża. Szczęśliwie niejadowitego Indyjskiego Brązowego Szczurołapa. Dziewczyny się wystraszyły ale wróciły do normy. Kolejny dzień zabiera nas z Kumarakom do Kottayam i dalej do Periyar. Po autobusowej przeprawie, którą wielu opisywało jako niezapomniane widokowo przeżycie, stwierdzam, że rzeczywiście ładnie, ale żeby zaraz „niezapomniane”? No może pod względem bezpieczeństwa jazdy. Kierowca chyba dopiero co przebranżowiony z przewozu manioku na przewóz ludzi. Efekty piorunujące. Adrenalina znów nam skacze. Ale dotarliśmy szczęśliwie cali. Jak to już bywało w Indiach to nie my znaleźliśmy nocleg, to nocleg znalazł nas. Na dworcu znalazł się człowiek, podaliśmy mu szczegóły lokum jakiego szukamy i budżet, zawołał więc rikszarza i zawiózł nas odrobinkę daleko od centrum Kumily ale za to do prześlicznego pokoiku, czyściutkiego, świeżo malowanego w otoczeniu tropikalnego ogrodu. Super, zostajemy na trzy noce. Jeden dzień poświęciliśmy na spacery po mieście a drugi na wycieczkę do parku narodowego Periyar. Tu po raz kolejny pokazały się Indie ze swoim obliczem. 300 Rs za wjazd do parku, 800 Rs za wycieczkę pieszą z przewodnikiem, 40 Rs za rejs stateczkiem gdzie za kamerę wideo dodatkowo 250 Rs. Zastanawiałem się, czy za powrót łodzi do portu policzą dodatkową opłatę. Na każdym kroku płać za coś, zaczyna mnie to wkurzać, a na łodzi każą nam zakładać kapoki, ławeczki gdzie trudno zmieścić kolana i jeszcze załóż, człowieku, kapok. Wściekłem się, zaszliśmy z łodzi i poszedłem z pretensją po zwrot zapłaty. Jakże sie myliłem, iż zostanie mi cokolwiek zwrócone. Po bojach z wysoce niekompetentną obsługą parku udaliśmy się do szefa. szefa nie było ale przerezerwowali nam rejs na późniejszy i pozwolili na większą swobodę i niezakładanie kapoków. Szczyt hipokryzji nastąpił później, co drugi uczestnik rejsu założył ten kapok, a na koniec w trakcie rejsu wszyscy pozdejmowali. Konsekwencji żadnych... ech. Ale widoki przepiękne, to sztuczne jezioro autorstwa Anglików sprzed stu lat jest ostoja ptaków i dzikich zwierząt, m. in. wyjców, makaków, bawołów, dzikich świń, jeleni, słoni i tygrysów bengalskich. Tych dwojga ostatnich nie spotkaliśmy niestety. Deszcz znów wygrał ale w rewanżu „poprzyklejał” nam pijawki na łydki i kostki... dziewczyny znów krzyczały... aaaaa.... Dzis wieczorem postanowiliśmy zjeść z wózków kulinarnych na ulicy potrawę Chicken 65, Amy już nic innego nie chce jeść. Kurcze znowu dobre jedzenie.
Nieźle, pomyśleliśmy, kiedy kolejny dzień zdawał zaczynać się pogodnie. Ruszamy na plantacje herbaty, kawy i kardamonu. Wynajęliśmy motorikszę i przewodnika. Wycieczka zaczęła się ładnie na plantacjach kawy robusty, potem zobaczyliśmy gdzie pieprz rośnie i herbaciane wzgórza. Tu monsun postanowił przypomnieć sobie, że to jego pora i zlał nas dokumentnie. Zrobiło się zimno i mokro. Ale plantacje kardamonu w deszczu też są ciekawe. Kiedy jednak zajrzeliśmy do jakiegoś przydomowego ogrodu przypraw komary urządziły sobie deszczowy żer na naszych ciałach. Wiaaać... jak najszybciej. Wieczorem na kolację Chicken 65. Nie zrobiliśmy zakupów przypraw. Głupole, nie chciałem się z tym targać w bagażu. A potem okazało się, że będzie kłopot z zakupem w tej jakości i ilości gdzie indziej. buuu.
Słońce powitało nas dnia następnego kiedy podnieśliśmy się i postanowiliśmy pojechać poszukać prawdziwej indyjskiej religijności. Maduraj w sercu Tamil Nadu, z sanktuarium Siwaickim w środku miasta. Tym razem nocleg nas próbował znaleźć ale ten co się napraszał zdecydowanie był za drogi. Jednak znajdujemy odpowiednie miejsce. Bungalow na dachu hotelu o 300 m od świątyni Menakshi, fajnie, przewiewnie i ładny widok z dachu, ale nocą hałas miasta nie daje spać. Poza hinduistami w tym mieście sporo tez muzułmanów a ci lubią śpiewnie o 4 rano zapraszać na modlitwę. Dzięki nim widziałem dwa wschody słońca. No może prawie, bo oba jednak finalnie przespałem, ale troszkę widziałem, naprawdę :) Spacer po większym mieście może przyprawić o nerwicę. Klakson z lewej, klakson z prawej, klakson z tyłu i z przodu i tak na okrągło. Pieszy to zakała ulicy tu liczy się asertywność i rozmiar lub z drugiej strony piesza zwinność i przebiegłość. Albo ty pokonasz strach przed drapieżnym ruchem ulicznym i staniesz oko w oko z masą zmierzającą we wszystkich kierunkach z wyjątkiem góry i dołu albo ta masa cię zje. Nie zjadła nas, już się jej nie boimy. Kupiliśmy klakson - duchowy. Świątynia Menakshi nie zachwyca, no co ja mam powiedzieć, nie zachwyca. Generalnie ładna ale potężnie zaniedbana, jak na jedno z ważniejszych sanktuariów hinduistycznych w kraju, brud i zniszczenia zamazują mistyczny charakter tego miejsca. Zamiast wiary widzę klerykalny interes, zupełnie jak u nas, zamiast religijności widzę sztuczna celebrę dla analfabetów, zamiast mistycyzmu widzę handel świeczkami, błogosławieństwami i turystyczną cepelią. Ale ogólnie ładne miejsce. Przyznaję turystycznie 6 pkt, mistycznie 1 pkt.
Jeszcze zostajemy w Maduraj jeden dzień więc wybieramy się do drugiej świątyni na obrzeżach miasta. Ponoć prawdziwszej, nieskażonej turystycznym rynkiem. Jazda autobusem na przedmieścia i znajdujemy świątynię. Turystów brak, ale za to jakoś tak nijako a do tego opłaty za filmowanie i fotografowanie osiągają pułap zadziwiający nawet jak na nasze pieniądze 10 USD (Sic!) Wracamy do miasta nieco zasmuceni, że ciężko w Indiach znaleźć prawdziwy ich obraz. A może to my źle szukamy. Wieczorem pakujemy się i wyjeżdżamy nocnym pociągiem do Puducherry przez Vallupuram. Sypialne wagony robią na nasz wrażenie delikatnie mówiąc nie najlepsze ale za te pieniądze to i tak jakość niezwykła. Z trudem przesypiamy parę godzin i rano jesteśmy w Vallupuram gdzie przesiadamy się na drugi pociąg do miasta Pondi (Puducherry), które miało nas olśnić swoimi francuskimi klimatami i bulwarem nad Zatoka Bengalską. Tym razem hotelu szukamy długo, znajdujemy budżet ale jakość (hmm) „słaba” nie chce nam się dłużej szukać więc decyzja zapada. Po spacerach uliczkami kwartału francuskiego nawet polubiliśmy to miasto, i piwo nawet jakąś normalną cenę miało. Finalnie wypiliśmy za dużo. To za sprawą sąsiada z pokoju obok, ciekawskiego Madurajczyka, który chciał się z nami bardzo bratać. Padło mnóstwo deklaracji, które w skacowanym łbie nazajutrz szumiały i odbijały czkawką... Mam nadzieję, że nie oddałem mu córki za żonę i połowy królestwa. :)
Śniadanie well... poszliśmy w złą stronę, w kwartale francuskim nie zjesz śniadania bo knajpy otwierają od 11:00. W końcu zjedliśmy w jakimś barze burgera i sandwicze... ojej , ni Europa ni Ameryka to nie była. Nie mam dziś głowy do filmowania ani fotografowania. Dzień bez obrazków. Następnego dnia wyjeżdżamy do Mahabalipuram zwanego Mamalapuram albo Mamallapura. Miasto które będąc na obrzeżach (70 km) Chennai (Madras) stało się turystyczną mekką dla przybywających do stolicy Tamil Nadu. Luźna, spokojna, niespieszna atmosfera, rybackie łodzie na piasku, niebrzydkie morze i wspaniałe, wyrzeźbione w kamieniu świątynie hinduistyczne. Można odpocząć, zjeść w przyzwoitej cenie tygrysie krewetki i inne owoce morza (w jednym menu na pierwszych 6 pozycjach widniał Chicken - ktoś wie co to za stwór morski?) Wyluzowaliśmy, odpoczęliśmy i podziwialiśmy te miłe i niemiłe aspekty rybackiej osady. Świeże ryby i inne morskie cuda? O tak! Ścieki, brud i gówna na plaży to drugie dno. Po trzech dniach opuszczamy jednak Mahabalipuram i wyruszamy do Chennai. Miało być, że połazić po mieście i kupić przyprawy na targu. Znalezienie targu gdzie handluje się przyprawami okazało się niemożliwe, wysyłano nas na najlepsze i najgorsze bazary ale na żadnym nie było przypraw. Były części samochodowe, była armatura sanitarna, były płyty DVD z filmami bollywoodzkimi, nawet znaleźliśmy banany ale przyprawami pachniało tylko z restauracji. Po wypadku poślizgowym na nieczystej ulicy przed Sądami Najwyższymi Madrasu rozwaliłem palucha i kolano i przygoda z Chennai skończyła się nasiadówką na dworcu w oczekiwaniu pociągu do Delhi. Miały być trzy kuszetki, dostaliśmy dwie. ciasno i ciasno. Ale dajemy radę. Droga trwa, jesteśmy w jej połowie. Jeszcze 17 godzin :)
End of message
|
|
|
27 lipca 2011 godz. 11:00
Przylecieliśmy do Delhi w środku nocy. Nieszczególnie wypoczęci. Ale czasu sporo wiec potrzebną wymianę waluty dokonaliśmy w kantorze Thomasa Cooka i poszliśmy się zorientować jak dostać się na terminal krajowy. Okazało się ze jest bezpłatny transport publicznym autobusem ale trzeba pobrać talon na przejazd od gościa, który niekoniecznie zna Angielski. Pierwsze zetknięcie się z lokalnym kolorytem. Niby znają Angielski a jednak nie. Transport w ścisku gdzie pasażer jest od tego, żeby siedział cicho bo trzeba ich nabrać jak najwięcej. Jak nie znasz lokalnego dialektu to mogą cie naciągnąć albo oszukać. My bez problemu, mamy free-coupons ale pewien mieszkaniec Punjab już został przerobiony przez kasjera biletów. Wywiązuje się sprzeczka. Szczęśliwie dogadali się, powiedzmy, że po Angielsku. Po 35 minutach docieramy do terminala 1D. W strugach opadu o charakterze oberwania chmury, wytoczyliśmy się wypędzani pośpiesznie z busa i wreszcie trochę spokoju. Odprawieni mamy 4 godziny czekania. Nuda... zapita kawą od sieciowej kawiarni znanej i u nas za (jak na Indie) straszne pieniądze (za dwie kawy i herbatę zapłaciliśmy tyle co potem za pokój hotelowy na dobę). Dalej będzie już tylko lepiej i taniej. Lecimy do Kochi.
Lądowanie na południu Indii. Bagaż doleciał, informacja turystyczna podaje nam błędne informacje ale radzimy sobie, znajdujemy miłego kierowcę autobusu, który znów po Angielsku nam wytłumaczył, że tym dojedziemy do Fort Kochi. I jest cool, jedziemy. Za oknami pejzaż zurbanizowany i zaśmiecony. Hania na pograniczu torsji... Wysiadamy pod bazyliką Santa Cruz. Ładna, szukamy naszego hotelu. Nie wiem skąd ale mam orientację w terenie więc bez problemu odnajdujemy miejsce, a właściwie to w ostatniej fazie miejsce odnajduje nas... Właściciel pensjonatu, który jako jedyny rezerwowaliśmy wcześniej przez internetwoła za nami -”...hello... Ana, Ana...” Raczej Hana, odpowiadam. „Oke, oke... so you pronounce „H”, come I’ll show you tha place” Miłe miejsce. Pokoik mały ale ładny. Formalności rejestracyjne i ruszamy w miasto. Pierwszy posiłek spożyliśmy w lokalnym barze, który nie przeraził nas nawet bakiem czystości. Zaczynamy „walkę” z florą bakteryjną, którą trzeba stopdniow wprowadzać. My zaczęliśmy „z grubej rury”, póki jeszcze mamy mocną odporność. Wyruszamy na zwiedzanie miasta. Osławione Kochi tak naprawdę okazuje się nieszczególnie ciekawym miastem. Zabytki opisywane w przewodnikach rozczarowują, choć trudno ich wagi nie zauważyć. Szukamy zatem kultury. Kathakali - stara sztuka teatralna pantomimiczna niezwykła strojami, makijażem,i mimiką. Nie rozumiemy do końca opowieści, bo dziesiątki mudr (pozycji ciała i rąk) mówiących przeciętnemu Indusowi wszystko, nam mówią niestety niewiele :( Cóż, pozostaje odbiór niesamowitej kolorystyki i niezwykłej prezentacji. Ładne. Chcemy zobaczyć to, co kojarzy się z Fortem Kochi, czyli rozsławione, charakterystyczne sieci rybackie. Chińskie sieci dziś już w małym stopniu służą do łowienia ryb, dziś na nie łowi się turystów: „... hello, c’mon, you want to pull? c’mon my friend...” Nie zamierzamy ciągnąć ani się dać naciągnąć. Brudne nabrzeże, chmurna pogoda... wrażenie? Fajne. Kochi to miłe miasto w, którym warto zatrzymać się na kilka dni i powłóczyć po ulicach. Rano Riksza (a właściwie moto-riksza zwana w innych regionach Azji jako Tuk Tuk) zabiera nas na przystań promową. Osobna kasa dla kobiet, osobna kasa dla mężczyzn. I jedna osoba może kupić tylko dwa bilety. Hmm... Turystów to jednak nie obejmuje, nam sprzedali trzy. Cena za prom 2,5 rupii (15 groszy) joł! po 30 min dopływamy do Ernakulam i jedziemy na dworzec. Bilet do Alleppey (Allappuzha) 30 rupii (2 zł) joł x2! Idziemy na obiad restauracja Only Veg. Jajko w curry 15 rupii, placek chapatti 5 rupii... okazuje się, że taniej tu podróżować jak jeść :) Ale dajemy rade budżet 20 EUR na 3 osoby na dobę to duży budżet :))
Pociąg nieczysty, powolny ale pasażerowie mili i ciekawscy. Każdy pyta skąd jesteśmy. Brali nas już za Rosjan, Ukraińców, Niemców ale nigdy za Polaków :( Dotarliśmy do Allepey, moto-riksza wiezie nas do centrum. Tu nie my szukamy noclegu, tu nocleg szuka nas i zresztą, znajduje. Niedrogo i znośnie, choć zapach zagrzybionych ścian nie podpasuje każdemu. My dajemy radę. Tu tez załatwiamy House Boat czyli pływający jednopokojowy hotel z obsługą, którym będziemy pływać po osławionych kanałach i rozlewiskach Backwaters. Następnego dnia ruszamy na rejs, podekscytowani mamy nadzieje na coś unikalnego. A tu, Panie, komercja i naciągactwo. Łódka ok, jedzenie doskonałe, czystość - no powiedzmy. Woda miała być z baniaka, była z kanału, nie wzięliśmy kąpieli, mieliśmy popływać ze 30 km przepłynęliśmy może ze 3, nocleg miał być w wiosce oddalonej od Alleppey, był o 300 m od miejsca z którego wypłynęliśmy. Ale pomimo tych wszystkich spraw, nie było źle, choć jak za taki serwis to przydrogo nieco.
Następny dzień budzi nas słońcem, aż niemożliwe. Monsunowe słońce. Gonimy na prom do Kottayam i wypływamy na znacznie ciekawszy rejs tym razem publicznym promem. Zamiast 4000 Rs za HouseBoat 10 Rs za 3 godzinny rejs. No to ja rozumiem. Na przystani motoriksiarz już pazernie wycenił nam przejażdżkę a pan z formalnej rządowej informacji turystycznej zaczął nam załatwiać Homestay za 1500 Rs... uciekamy, mimo deszczu uciekamy od tych ludzi. Łapiemy riksze na ulicy i jedziemy do Kumarakom, żeby wybrać się do Rezerwatu Dzikich Ptaków. Ale deszcz... deszcz nam pokrzyżował plany. Musimy przeczekać deszcz albo zmykamy w góry do Parku Periyar :) W Kumarakom hotel mamy sympatyczny, czysty, a Pan z obsługi jest tak miły i uprzejmy, że aż nie wiemy jak się zachować. Pomógł nawet załatwić nam Internet mobilny. Choć póki co nie bardzo działa :(
Next news in few days |
|